Zmarł płk Aleksander Chajęcki

Z wielkim smutkiem zawiadamiamy, że zmarł płk Aleksander Chajęcki, weteran 2 pu Grochowskich. Umarł człowiek, który razem z nami tworzył nasze stowarzyszenie, przez lata wspierał, doradzał. Był wielkim autorytetem. Zawsze kochał kawalerię i konie. Nigdy nie tracił pogody ducha i ciętego dowcipu. Z dumą patrzył na nas i nasze wysiłki, czekał kiedy tylko tylko zaszumią proporce, rozlegnie się tętent koni ułańskich. Tu filmik  z jednego z naszych spotkań w domu płk. A. Chajęckiego.
Dowódca naszego stowarzyszenia M. Wroński tak wspomina pułkownika: „Odszedł Pan Pułkownik Aleksander Chajęcki! Oficer kawalerii, żołnierz z krwi i kości, bohater, sportowiec, nasz przyjaciel. Jest to niepowetowana strata dla naszego stowarzyszenia. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych ale jest to przypadek w którym ta reguła nie ma żadnego zastosowania. Umknęło nam coś co już nie wróci, coś co było echem minionych dni, dni pełnych chwały, bohaterstwa ale jednocześnie wzorcem do umiłowania koni i kawalerii a także prawdziwej przyjaźni i oddania drugiemu człowiekowi.
Dziś myślę o tym co się stało, wspominam postać nietuzinkową, mojego wielkiego przyjaciela i wzorzec osobowy godny naśladowania. Pamiętam jak wpajał mi szacunek do munduru, troskę o kolegów, troskę o konie. Pamiętam jak pytał „czy Kuba jest dobrze odżywiony? Pamiętaj on jest jeszcze młody, rośnie i musi dużo jeść”.  Dobrze pamiętał wszystkich kolegów ze stowarzyszenia i pytał podczas naszych spotkań, co u nas słychać (o każdego z osobna). Traktował nas jak prawdziwych przyjaciół i prawdziwych ułanów, było w tym coś magicznego,  ktoś kto mógł być naszym dziadkiem lub pradziadkiem był dla nas kimś jakby kolegą, powiernikiem problemów dnia codziennego. Wielokrotnie udzielał nam wskazówek jak być dobrym kawalerzystą a także  jak żyć aby być lepszym człowiekiem. Jakiś czas przed śmiercią z łzami w oczach powiedział mi „wiesz, nigdy nie spodziewałem się, że będę miał przy sobie pod koniec życia takich prawdziwych przyjaciół jak wy, takiej opieki i wsparcia z waszej strony”. Kiedy w sierpniu tego roku przybył na nasze Święto Pułkowe był już bardzo słaby, miał wielkie problemy ze zdrowiem, poruszał się z trudem lecz mimo to przyjechał, był z nami, był ze swoimi ułanami. Zawsze wiedziałem,  że ten dzień, dzień w którym przyjdzie się rozstać nadejdzie lecz nie spodziewałem się, że przyjdzie tak prędko. Odszedł tak jak żył: cicho i skromnie. Zostawił po sobie wspomnienia, zdjęcia, trochę skromnych osobistych pamiątek.
Zastanawiam się co miał przed oczami odchodząc z tego ziemskiego padołu, gdy Jego kawaleryjskie serce przestało bić. Myślę, że to co najbardziej utkwiło mu w pamięci to pożegnanie z kawalerią. Może mijając mgłę będącą granicą świata żywych i umarłych znów usłyszał huk złowrogich dział pod Kockiem, odgłosy komend, głosy ułanów,  rżenie koni i tętent kopyt. Może, gdy tyko znowu znalazł się duszą tam gdzie siedemdziesiąt lat temu musiał kapitulować, teraz podbiega do niego Jego luzak i z uśmiechniętą twarzą podstawia mu do wsiadania Jego ukochaną Deltę, może na odprawie oficerów pułkownik Plisowski z uśmiechem zawoła na Jego widok „Olek, no nareszcie jesteś, czekaliśmy tak długo”. Już widzę uśmiechnięte twarze Jego kolegów oficerów, towarzyszy broni jak ściskają Go radośnie a także Jego podkomendnych, którzy wreszcie doczekali się powrotu swojego dowódcy. Może to tylko wyobraźnia, może żal, może tęsknota za tym co minęło, lecz jedno jest pewne, że Pułkownik Plisowski ma już prawie komplet stanu osobowego swojego pułku a Pan Pułkownik Chajęcki znowu może dosiadać koni, koni w niebieskim szwadronie. Mam tylko taką nadzieję, że jeżeli kiedyś spotkamy się znowu, po tamtej stronie, to przyjedzie po nas wraz ze swoimi ułanami… Pamięć o Tobie żyje w nas!”