To już rok od śmierci płk. Aleksandra Chajęckiego

Prezentujemy teksty z których część pojawiła się już na naszej stronie: To już rok minął kiedy to w dniu 9 października 2009 w wieku 93 lat zmarł płk Aleksander Chajęcki, weteran 2 Pułku Ułanów Grochowskich. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 16 października w Celestynowie. Po mszy św. w kościele trumna odprowadzona została na pobliski cmentarz gdzie Pan Pułkownik został pochowany z honorami wojskowymi. Na tej smutnej uroczystości obok rodziny zebrali się m.in. przyjaciele z wojska i z klubów jeździeckich, przedstawiciele państwowej hodowli koni, Polskiego Związku Jeździeckiego, Polskiego Związku Pięcioboju Nowoczesnego, reprezentanci Szwadronu Kawalerii WP oraz przedstawiciele stowarzyszeń kawaleryjskich ze sztandarami. Osoby, które przemawiały na mszy podkreślały wyjątkowość Pana Pułkownika nie tylko jako bohatera września ale również jako wspaniałego członka rodziny, nauczyciela jazdy konnej, oddanego swoim ułanom oficera, przyjaciela a przede wszystkim jako Wielkiego Człowieka. Pan Pułkownik miał dla wszystkich czas, każdy mógł poprosić Go o rozmowę, o radę i to nie tylko o jeździecką ale i życiową. Takich ludzi jak On jest coraz mniej – ludzi honoru, prawdziwych autorytetów, takich którzy cnoty kawaleryjskie potrafili wcielać w życie na wojnie pod ostrzałem nieprzyjaciela a także w życiu powszednim. Poniżej publikujemy wspomnienie o Nim skreślone rok temu ręką prezesa Stowarzyszenia Ułanów Grochowskich Michała Wrońskiego oraz krótką relację ze spotkania z Panem Pułkownikiem z roku 2006 autorstwa Huberta Zalewskiego. Odszedł Pan Pułkownik Aleksander Chajęcki! Oficer kawalerii, żołnierz z krwi i kości, bohater, sportowiec, nasz przyjaciel. Jest to niepowetowana strata dla naszego stowarzyszenia. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych ale jest to przypadek w którym ta reguła nie ma żadnego zastosowania. Umknęło nam coś co już nie wróci, coś co było echem minionych dni, dni pełnych chwały, bohaterstwa ale jednocześnie wzorcem do umiłowania koni i kawalerii a także prawdziwej przyjaźni i oddania drugiemu człowiekowi. Dziś myślę o tym co się stało, wspominam postać nietuzinkową, mojego wielkiego przyjaciela i wzorzec osobowy godny naśladowania. Pamiętam jak wpajał mi szacunek do munduru, troskę o kolegów, troskę o konie. Pamiętam jak pytał „Czy Kuba jest dobrze odżywiony? Pamiętaj on jest jeszcze młody, rośnie i musi dużo jeść”. Dobrze pamiętał wszystkich kolegów ze stowarzyszenia i pytał podczas naszych spotkań, co u nas słychać (o każdego z osobna). Traktował nas jak prawdziwych przyjaciół i prawdziwych ułanów, było w tym coś magicznego. Ktoś kto mógł być naszym dziadkiem lub pradziadkiem był dla nas kimś jakby kolegą, powiernikiem problemów dnia codziennego. Wielokrotnie udzielał nam wskazówek jak być dobrym kawalerzystą a także jak żyć aby być lepszym człowiekiem. Jakiś czas przed śmiercią z łzami w oczach powiedział mi „wiesz, nigdy nie spodziewałem się, że będę miał przy sobie pod koniec życia takich prawdziwych przyjaciół jak wy, takiej opieki i wsparcia z waszej strony”. Kiedy w sierpniu tego roku przybył na nasze Święto Pułkowe był już bardzo słaby, miał wielkie problemy ze zdrowiem, poruszał się z trudem lecz mimo to przyjechał, był z nami, był ze swoimi ułanami. Zawsze wiedziałem, że ten dzień, dzień w którym przyjdzie się rozstać nadejdzie lecz nie spodziewałem się, że przyjdzie tak prędko. Odszedł tak jak żył: cicho i skromnie. Zostawił po sobie wspomnienia, zdjęcia, trochę skromnych osobistych pamiątek. Zastanawiam się co miał przed oczami odchodząc z tego ziemskiego padołu, gdy Jego kawaleryjskie serce przestało bić. Myślę, że to co najbardziej utkwiło mu w pamięci to pożegnanie z kawalerią. Może mijając mgłę będącą granicą świata żywych i umarłych znów usłyszał huk złowrogich dział pod Kockiem, odgłosy komend, głosy ułanów, rżenie koni i tętent kopyt. Może, gdy tyko znowu znalazł się duszą tam gdzie siedemdziesiąt lat temu musiał kapitulować, teraz podbiega do niego Jego luzak i z uśmiechniętą twarzą podstawia mu do wsiadania Jego ukochaną Deltę, może na odprawie oficerów pułkownik Plisowski z uśmiechem zawoła na Jego widok „Olek, no nareszcie jesteś, czekaliśmy tak długo”. Już widzę uśmiechnięte twarze Jego kolegów oficerów, towarzyszy broni jak ściskają Go radośnie a także Jego podkomendnych, którzy wreszcie doczekali się powrotu swojego dowódcy. Może to tylko wyobraźnia, może żal, może tęsknota za tym co minęło, lecz jedno jest pewne, że Pułkownik Plisowski ma już prawie komplet stanu osobowego swojego pułku a Pan Pułkownik Chajęcki znowu może dosiadać koni, koni w niebieskim szwadronie. Mam tylko taką nadzieję, że jeżeli kiedyś spotkamy się znowu, po tamtej stronie, to przyjedzie po nas wraz ze swoimi ułanami… Pamięć o Tobie żyje w nas! „To ma być porządne cięcie do przodu…” Podczas jednej z wizyt u Pana Aleksandra Chajęckiego, Andrzej Tylenda uruchomił na laptopie nagranie – film z inscenizacji „Bitwy nad Bzurą 2006”. Pan Pułkownik założył inne okulary, chwilę popatrzył, po czym stukając palcem w ekran odezwał się w te słowa: A co wy tu uskuteczniacie??? Kto was uczył tak szable trzymać? Chyba się na księcia Witolda u Matejki zapatrzyliście?! Trzymacie te szable jak wozak bata na jarmarku! Co to jest?! TU powinna być ręka! (charakterystyczny gest ilustrujący prawidłowe, regulaminowe złożenie: dłoń zaciśnięta w pięść na wysokości czoła, kąt prosty pomiędzy ramieniem a przedramieniem, łokieć pionowo w dół w jednej płaszczyźnie). Hubert Zalewski: Fakt, niektórzy jadą z ręką w bok odstawioną. O! ale niektórzy cięcia wykonują całkiem prawidłowo. Aleksander Chajęcki: Bzdury gadasz! Nic nie jest prawidłowo!!! Za takie machanie po próżnicy to byś trzy dni paki dostał! Tnie się nieprzyjaciela a nie powietrze gdzieś w polu! Przy takich wygłupach, bo TO SĄ wygłupy, tylko swoim zagrażasz: możesz kolegę albo konia koledze zranić! Andrzej Tylenda: To jak to powinno wyglądać? H.Z.: W regulaminie jest napisane, ze do szarży rusza się z szablą w pozycji „do boju”… A.Ch: A tam, zawracanie głowy z wami! W regulaminie, to jest napisane, kiedy lance pochylić do pozycji „do boju”. O szablach akurat nic nie ma. W ogóle nie ma czegoś takiego, jak wykonywanie elementów władania bronią białą na komendę. To już wy, pięćdziesiąt lat po wojnie, sobie do popisów wymyśliliście i ludziom w głowach mieszacie. Cięcia powinny być wykonywane samorzutnie przez ułanów w cwale w odpowiednim momencie, żadne tam machanie z konia w „stój”, całym plutonem! Tak w ogóle się nie ćwiczyło! A.T.: Niech nam Pan opowie, jak taka szarża wyglądała na ćwiczeniach w pułku czy w Grudziądzu. A.Ch: Na ćwiczeniach, raz tylko szarżowaliśmy na piechotę. Opowiadałem wam już kiedyś. Jakie powinny być komendy, kiedy i w jakiej kolejności – najlepiej sprawdźcie w regulaminie. Ja mogę już coś nie pamiętać albo poplątać. Poza tym, jak przyszedłem do pułku w 1938 roku, weszły zmiany do regulaminu. Czego innego uczyliśmy się wcześniej i w Grudziądzu, co innego potem napisali, i takie tam. Mało kto sobie tym głowę wtedy zaprzątał. Najważniejsze jest to, żeby technika władania bronią była prawidłowa, a nie jakieś tam machanie na boki. To ma być porządne cięcie do przodu, zanim przeciwnik będzie mógł cię dosięgnąć. …I dajcie sobie spokój z cięciem na lewą stronę. Tym nikt sobie głowy nie zawracał! A.T.: Panie Pułkowniku, tak, żeby zamknąć temat: po komendzie „marsz, marsz” jak powinna być trzymana szabla? A.Ch: No przecież, ze w złożeniu do cięcia! Masz być gotowy, żeby zakatrupić każdego, kto ci się pod szablę nawinie! Jak będziesz jechać w pozycji „do boju”, nie zdążysz się złożyć i ciąć! Miniesz drania a on ci z tyłu kulkę pośle!