Relacja z wyjazdu na Ukrainę. 3-7 lipca 2013

Wstęp

„Listopad 1857 roku na łopatyńskiej ziemi był wyjątkowo zimny i mokry. Generał ostatnimi czasy bardzo osłabł. Gorączka i ciągły kaszel odbierały mu siły. Teraz, po latach, dawały też znać o sobie trudy wojen i życia żołnierskiego. Tego dnia, 23 listopada 1857 roku wiatr dął przeraźliwie a deszcz nieustannie dobijał się do okien. Zdawało się, jak gdyby jakaś nadludzka siła krążyła nad pałacem. Generał odpoczywał w łóżku. W świetle kominka jego twarz wyglądała jak wykuta z kamienia, oczy zamyślone, nieobecne, jak gdyby w innym świecie. Wydawało się, że po jego policzku spłynęła łza. Jakie myśli kłębiły się w jego głowie, o czym rozmyślał? Czy była to tęsknota nad umykającym życiem, czy może radość z nadchodzącego spotkania ze swoimi żołnierzami, z tymi samymi, co pod Stoczkiem, Kurowem, Boremlem bił wroga? Czy w myślach, jak przed laty, dosiadał swego wiernego konia, czy w dłoni dzierżył szablę? Wydawało się, że ten wiatr, to jęk tułających się dusz, które teraz po niego przyszły i odnalazły wreszcie swojego dowódcę aby razem wyruszyć w zaświaty. Tak rozmyślając generał zasnął, aby rankiem, nim słońce przebijając się przez chmury zacznie zwiastować nowy dzień, wśród porannej mgły pogalopować na swoim koniu, za odgłosem trąbki i dołączyć do swoich wiernych żołnierzy, aby razem wyruszyć w tę ostatnią podróż. Nazajutrz trumna z ciałem generała na lawecie odjechała kołysząc się po błotnistej, łopatyńskiej drodze, aby wraz z konduktem żałobnym udać się na miejscowy cmentarz, gdzie oddano ziemi doczesne szczątki generała Dwernickiego”.
Jednak jego historia nie kończy się w 1857 roku. Generał żyje w nas po dziś dzień. Tuż po śmierci, jak i w okresie zaborów, grobowiec generała ufundowany przez jego przyjaciół i żołnierzy był licznie odwiedzany przez młodzież szkolną. To samo działo się w okresie międzywojennym. Grobowiec odwiedzali też, co roku młodzi oficerowie Drugiego Pułku Ułanów Grochowskich im. gen. Józefa Dwernickiego. Teraz, po 156 latach od śmierci generała, nad jego grobem kolejny raz młodzież zapaliła znicze, złożyła kwiaty, pochyliła sztandary. Ułani Grochowscy, jak przed 1939 rokiem, złożyli przysięgę wierności tradycji, a trąbka wojskowa przypomniała śpiącemu generałowi o tym, że jest jeszcze dla niego miejsce w naszych ułańskich sercach.

autor tekstu – Michał Wroński

Relacja z wyjazdu

3 lipca, środa – wyjazd i Lwów.

Pomysł, żeby zebrać się o 5.30 okazał się znakomity. Zdążyliśmy zapakować bagaże do luków, poznać imiona opiekunów wyjeżdżających z nami dzieci z Rutek i Przebrodu – zwycięzców konkursu wiedzy o 2. Pułku Ułanów Grochowskich, ze szkół nazwanych jego imieniem, doczekać się na pociąg, który „dowiózł” nam w ostatniej chwili kilka osób i parę minut przed godz. 6-tą wyruszamy w kierunku Lublina, na szczęście pod prąd korkom, które już o tej porze zaczęły tworzyć rozpoczynające pracę samochody dostawcze. Prognozy meteo sprawdzają się: słoneczny, bezdeszczowy ranek – jest dobra wróżbą dalszej podróży…

Do Lublina docieramy już o 8.30. Tam wita nas pracownica biura podróży, z którego usług skorzystaliśmy organizując nasz wyjazd. Przed nami pierwszy zabytek tej wycieczki – zamek lubelski, w którego murach był więziony i męczony podczas II wojny (potem zamordowany w Majdanku) dziadek naszego kolegi Grzegorza Senatorskiego – Dymitr Senatorski, polonista, poeta, harcmistrz chorągwi lubelskiej i mazowieckiej, współtwórca Szarych Szeregów. Po obejrzeniu kontrowersyjnej wystawy na dziedzińcu, nasz nowy, a Mecenasa wieloletni kolega – fotografik Marian Rynkiewicz robi nam pierwsze historyczne zdjęcie z naszej pierwszej wyprawy na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej – pierwszej, ale mam nadzieje, że nie ostatniej.

Na granicy w Hrebennem tracimy prawie 2 godziny, mimo że przeczytawszy pismo od Konsula Generalnego we Lwowie, świadomi naszych historycznych pasji pogranicznicy starają się szybko uwinąć z przygniatającą ilością nowych, obowiązkowych formularzy. Niestety, na zaplanowane spotkanie z Konsulem w lwowskim konsulacie już nie zdążamy.

We Lwowie wita nas pani Alina Wozijan, szczupła i energiczna przewodniczka, Polka, która mimo ciężkich warunków życia na Ukrainie zdecydowała pozostawać na ziemi jej pradziadów, nie porzucając polskości. Prowadzi nas najpierw na Kopiec Unii Lubelskiej, wieńczący wzgórze Wysoki Zamek, skąd podziwiamy przepiękną rozległą panoramę miasta.

Następnie jedziemy na starówkę. Już wieczór, ale choć wszyscy są trochę zmęczeni, chcemy jak najwięcej zobaczyć. Idziemy na rynek, gdzie zdążamy jeszcze wymienić złotówki na hrywny, potem „przebiegamy” przez dawny kościół Dominikanów, zatrzymujemy się w Cerkwi Uspieńskiej, z fantastycznie zachowanymi renesansowymi wnętrzami. Jeszcze parę kroków po dzielnicy ruskiej i wracamy do autokaru, żeby udać się do „Warszawy” – naszego hotelu, którego standard cieszy nie tylko „nasze” dzieci (kilkoro z nich jest pierwszy raz na wakacjach poza miejscem zamieszkania) ale i nas samych.

Żądni wrażeń, po szybkim prysznicu i kolacji, wsiadamy w pięć taksówek i jedziemy pod gmach opery, żeby pod przewodnictwem państwa Senatorskich obejrzeć co się da i czego później już pewnie nie zdążymy zobaczyć. Wałami Hetmańskimi (obecnie Prospektem Swobody) „lecimy” od pomnika Szewczenki do pomnika Mickiewicza, w holu hotelu „George” analizujemy jak daleko zapuszczały się obute w gumowce rumaki ułanów Jazłowieckich, podziwiamy muzyczne gzymsy na kamienicy rozpoznając w niej obecnie filharmonię, a dawniej Towarzystwo Muzyczne, mijamy dawny klasztor karmelitanek wykupiony przez Jerzego Maksymiliana Ossolińskiego i przekształcony w słynną bibliotekę Ossolineum. Wreszcie docieramy do naszego celu: Kasyna Szlacheckiego. Żal, że w ciemnościach nie widać całej elewacji. Wracamy na Wały i rozsiadamy się pod parasolami, by przy wesołych konwersacjach podziwiać Lwów „by night”.

Do hotelu wracamy taksówkami, z których tym razem każda kosztuje inaczej. Ale to chyba stała tradycja europejskich stolic.

4 lipca, czwartek – w drodze do Kamieńca Podolskiego.

Po wczesnym śniadaniu wyruszamy w drogę do Kamieńca Podolskiego. Okazuje się, że prawdziwych przyjaciół można poznać również po tym, że rankiem koledze po „ciężkiej” nocy nawet zapakują walizkę. Ci, którym krótki sen wystarczył na regenerację, podziwiają przez szyby autokaru krajobrazy, które można byłoby nazwać swojskimi, gdybyśmy nie odnosili wrażenia, że cofnęliśmy się w lata 70-te, a może i wcześniej. Absurdalnie podziurawione drogi, które co chwila zagradzają nam paradujące z pola do domów krowy, bociany próbujące rozbić się o naszą szybę, brak samochodów, które tu znakomicie zastępują konne wozy, skoro i tak często posuwamy się z prędkością nie przekraczającą 20 km/h. Konie tu też są inne niż u nas: drobne, półwierzchowe, że tylko zarzucić siodło i hajda przez rozległe pola, niezbyt często przecinane rowami i liniami wysokiego napięcia. W czasie rozmów z przyjaciółmi okazuje się, że nie tylko ja, ale większość z nas patrząc przez okna autokaru ma podobne marzenia. Chwała Bogu – jestem normalna. Albo wszyscy trochę szaleni.

Pani Ala z niespożytą energia opowiada nam o mijanych miejscowościach: Bóbrce z zadbanym kościołem Salezjanów (jednym z nielicznych w tym terenie odzyskanych dla obrządku rzymskokatolickiego), Rohatyniu, w którym niegdyś proboszczował Piotr Skarga, Brzeżanach – miasteczku rodzinnym Rydza-Śmigłego, Podhajcach, gdzie w kościele Trójcy Św. był pochowany Stanisław Rewera Potocki, na cześć którego założone zostało miasto Stanisławów. W tych okolicach, wśród tych krajobrazów urodzili się bracia Tadeusz i Jan Łomniccy, Jerzy Kawalerowicz, Zbigniew Cybulski i wielu innych znanych Polaków.

„Nasze” niespotykanie grzeczne dzieci umilają nam drogę śpiewem. Pierwsza odważyła się Karolinka – może zostanie zwycięzcą naszego następnego konkursu – na ułańską piosenkę. Pomagamy im wszyscy. Szybko okazuje się jednak, że dziecięcy repertuar obejmuje sporą ilość piosenek patriotycznych i ludowych. Kiedy dojeżdżamy do Buczacza umieją już dwa nowe kanony.

W Buczaczu wysiadamy obok ratusza i mijając kościół z Pilawą na szczycie (herb Potockich), wspinamy się na wzgórze z resztkami zamku Potockich, z którego oglądamy leżącą poniżej miejscowość i usytuowany na przeciwległym wzgórzu klasztor Bazylianów.

Docieramy do Jazłowca, gdzie wśród twierdzy Buczackich-Jazłowieckich, w pałacu budowanym jeszcze przez Stanisława Poniatowskiego, ojca ostatniego króla polskiego, a ofiarowanym siostrom Niepokalankom przez Krzysztofa Błażowskiego, mieści się ich klasztor i zakład dla dzieci szczególnej troski. Siostry przyjmują nas obiadem i przedstawiając historię zakonu prowadzą do grobowca Bł. Marceliny Darowskiej oraz innych sióstr. Na „do widzenia” opowiadają nam historię potępionego Ludwika-Masona.

Dalej jedziemy do Skały Podolskiej, w której snujemy się po ruinach renesansowego zamku Lanckorońskich i pałacu Tarłów.

Przed przekroczeniem rzeki Zbrucz mijamy zabudowania dawnego polskiego garnizonu ochrony pogranicza.

Droga jest tak koszmarna, że nasz zdesperowany kierowca pan Zbyszek pyta pilotki: „czy daleko jeszcze?”.

Choć drogi straszne, to przyroda zachwycająca. Urwiste brzegi rzek robią na nas ogromne wrażenie.

W Kamieńcu od razu idziemy na kolację, po której mamy oberwanie chmury. Ledwo udaje nam się przejść przez rwące ulicami potoki. Ale tradycji musi stać się zadość i znów biegniemy ku staremu miastu, żeby jeszcze za światła dziennego obejrzeć okolicę – przejść przez płynący w głębokim jarze Smotrycz w kierunku bramy ruskiej i popatrzeć na twierdzę, która kolorowo podświetlona chyba bardziej przypomina pałac królewny Śnieżki niż twierdzę nie do zdobycia.

Dzień kończymy na tarasie hotelowym, degustując ukraińskie specjały płynne i stałe, nabyte chwilę wcześniej w sklepiku oraz na miejscu w hotelu (już nie tak komfortowym, jak we Lwowie, ale za to z basenem, sauną i kręglami). Miłą integrację zakłóca nam tylko fetor niewiadomego pochodzenia roztaczający się nad całą nadrzeczną częścią miasta.

5 lipca, piątek – Kamieniec Podolski, Okopy Świętej Trójcy, Chocim.

Ci, co stawili się punktualnie o 6.30 pod hotelem, szybkim marszem wyruszają za panią Alą do katedry, na mszę celebrowaną specjalnie dla nas przez ks. Biskupa Leona Dubrawskiego. Ci co zaspali – błądzą po staromiejskich kościołach, ale też docierają na miejsce. Po nabożeństwie robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z księdzem biskupem i znów podążamy za naszą przewodniczką od przykatedralnego ogrodu z pomnikiem poświęconym pamięci „Hektora kamienieckiego” Jerzego Wołodyjowskiego, ku hotelowi, gdzie już czeka na nas śniadanie.

Wsiadamy w autokar i jedziemy przez „kresy multańskie” do Okopów Świętej Trójcy – tam, gdzie Zbrucz uchodzi do Dniestru. Oglądamy resztki bram Kamienieckiej i Lwowskiej – bram twierdzy, która niegdyś broniła Rzeczpospolitą przed Turkami. Jednocześnie podziwiamy zachwycający naddniestrzański krajobraz. We wsi składamy wizytę najstarszej tutejszej Polce: pani Anieli Bieli, która odprowadza nas do odbudowywanego właśnie kościoła katolickiego, okupowanego na szczycie fasady przez rodzinę bocianów zrzucających przy wejściu „bomby” na turystów zasłuchanych w opowieści naszej przewodniczki.

Jedziemy dalej dawnym traktem wołoskim, który zagradzają nam drzewa pościnane przez ukraińskich robotników, zbyt mało bystrych lub zbyt leniwych, by usunąć je z drogi. Ruszamy piechotą na cmentarz z wieloma zachowanymi nagrobkami polskimi, a później na brzeg Dniestru, skąd mamy rozległy widok na twierdzę Chocim i pole słynnych bitew.

Wracamy do Kamieńca. W supermarkecie kupujemy prowiant dla naszych młodych towarzyszy wyprawy i dla nas na jutrzejszy, bezobiadowy powrót do Lwowa.

Zwiedzanie Kamieńca rozpoczynamy od opowieści pani Ali o mieście przy jego planie obok mostu Nowoplanowskiego. Żar lejący się z nieba gasimy wodą z bijących obok fontann.

Z Rynku Ruskiego udajemy się pod Basztę Batorego (część zespołu bramy polskiej), później ulicą Tatarską w kierunku katedry i Franciszkanów, gdzie w 1672 roku złożono ciało Jerzego Wołodyjowskiego. Przechodzimy przez Rynek Polski z ratuszem i Studnią Ormiańską, która jest obiektem ćwiczeń rysunku w ramach warsztatów plastycznych młodych warszawianek.

Okazuje się, że nuda najbardziej męczy dzieci. Naszym to nie grozi, bo przewodniczka prowadzi grupę w szybkim tempie, dzięki czemu z pewnością zwiedzamy dwa razy tyle, co przeciętna wycieczka.

Zaglądamy do kościoła Paulinów. To w nim rozpoczęliśmy rano poszukiwania „naszej” mszy. Następnie udajemy się do dawnego kościoła ormiańskiego. Zapalamy kilka „intencyjnych” świeczek. Robimy wspólne zdjęcie uwidoczniające, oprócz naszych postaci, znakomitą metaloplastykę, którą tu spotykamy na każdym kroku.

Po oddaniu kilku różnie celnych strzałów z łuku dochodzimy przez Most Turecki do twierdzy. Pani Ala zwraca nam uwagę na nieudolną, niezgodną z historycznymi faktami rekonstrukcję brakujących części budowli. Z wież i murów podziwiamy panoramę Kamieńca i tresowane orły, z którymi można się sfotografować.

Wreszcie chwila odpoczynku. Zasiadamy w restauracji. Pani Ala zamawia mini obiad, my – kawę i lody. Ale przecież jeszcze nie wszystko co ważne zobaczyliśmy.

Nasza przewodniczka podrywa nas i oceniając szybko stan naszego obuwia prowadzi nas do przepięknej, drewnianej cerkwi u podnóża twierdzy. Trwa msza wieczorna, liturgia słowa. Pani Ala pożycza mi swój szal do przykrycia głowy, żebym mogła wejść do środka świątyni. Odważam się wziąć mszał i improwizując dołączyć do kilku pań śpiewających odpowiedzi chórowi. Dawno nie śpiewałam w cerkwi.

Moi przyjaciele wołają mnie: biegniemy dalej. Zachaszczonym, rozmokłym trochę brzegiem docieramy do bramy ruskiej, skąd przez wiszącą kładkę wracamy do hotelu „Gala”. Po kolacji daję Maćkowi Sekule lekcję mazura. Idzie mu znakomicie. Już po 45 minutach umie „pas marche” i hołubce z obrotami w parze. Prawdziwy ułan! Reszta woli przyglądać się z daleka. Czyżby taniec wymagał większej odwagi niż machanie szablą i lancą na nie zawsze zrównoważonym koniu?

Wracamy do integracji przy stołach na tarasie. Byłby to absolutnie cudowny wieczór, gdyby nie koszmarny smród spowijający chyba większość miasta. Czy to wina braku jednego z wynalazków starożytnych Rzymian zwanego dziś kanalizacją, czy jakiegoś paskudnego zakładu? Nawet nie dociekam. Współczuję mieszkańcom.

Tym razem śpiewamy długo i wesoło. Wyśpimy się jutro po drodze.

6 lipca, sobota – Tarnopol, Łopatyn, Żółkiew.

Wracamy. W Tarnopolu zatrzymujemy się w Cinema City w poszukiwaniu kwiatów. Zamiast nich znajdujemy Polkę sprzedającą kawę. Po polsku prawie nie mówi, ale wszystko rozumie. Pani Ala twierdzi, że każdy dzisiejszy mieszkaniec Ukrainy ma wśród przodków też Polaków. Wierzę jej.

Kupujemy róże na bazarku kwiatowym. Nie ma czasu na układanie bukietu. Zrobimy po drodze.

W Załoźcach oglądamy ruiny posiadłości Kamienieckich-Wiśniowieckich-Potockich. Z porośniętych ruin kościoła wystają metalowe pociski. Przy źródełku Św. Anny nabieramy lodowatej wody do kubła – to pomoże różom przetrwać podróż. Okazuje się, że jeszcze bardziej niż więdnącemu bukietowi, kryniczanka przydaje się opuchniętej nodze Michała.

Jedziemy niezmiennie po dziurach. Jedyne dobre drogi jakie tu pobudowano wiodą do miast EURO: Lwowa i Kijowa. Reszta jest tragiczna.

W Podkamieniu mijamy dawny klasztor Dominikanów, przerobiony na szpital psychiatryczny dla kobiet. Pani Ala woli nie opowiadać, jakie są tam warunki. Zwiedzić nie zdążamy – czeka na nas Łopatyn. Nie mniej ilość i tempo podawanych przez nią informacji podczas naszej podróży jest imponująca. Chapeau bas!

Zaczyna nam się zagotowywać silnik. Musimy co kilkanaście minut zatrzymywać się i chłodzić, uzupełniając brakującą wodę w chłodnicy.

Na jednym z postojów, kilka kilometrów przed Łopatynem, chłopaki wskakują w mundury. Mimo kryniczanki, noga Michała nie mieści się w bucie. Ratuje go talk jednej z dziewczynek. Może po uroczystości nie trzeba będzie rozcinać buta.

Na miejscu konsul Wojciech Biliński już na nas czeka. Przy grobie generała Józefa Dwernickiego sztandar i hymn szkoły, przysięga ułanów, przemówienie konsula, Stasia, Agnieszki i Grzegorza, podziękowania dzieci, kwiaty i znicze z emblematami, dźwięk trąbki.

Idziemy na grób ofiar wojny polsko – bolszewickiej. Potem pamiątkowe zdjęcia.

Zatrzymujemy się jeszcze na krótkie spotkanie w kościele restaurowanym przez studentów z Nysy, za pieniądze zgromadzone przez fundację dawnych mieszkańców Łopatyna. Osypująca się, wykonana ze środków kancelarii senatu elewacja z 2009 r. jest jak symbol nieskuteczności pomocy niesionej naszym rodakom pozostałym za wschodnia granicą.

Jedziemy do Żółkwi. A raczej tłuczemy się, żeby z zagotowanym silnikiem nie pozostać w połowie drogi.

Tradycyjnie, po szybkiej kolacji w naszym hotelu „Styl” idziemy, chociaż po nocy oglądać starówkę. Bez Alicji Klimczak, bo Adaś się rozchorował. To prawie cud, że „konkursowe” dzieciaki wszystkie zdrowe.

Na szczęście zabytkowe budowle są nie najgorzej oświetlone. Niestety, do żadnej już nie wejdziemy. Pozostaje nam piwo pod parasolami na rynku.

7 lipca, niedziela – Lwów, granica, powrót do Warszawy.

Rankiem udaje nam się namówić kierowcę na objazd staromiejskimi uliczkami. Wprawdzie, jak zwykle, narzeka na cofanie, ale cieszymy się, że możemy jeszcze za dnia podziwiać piękno miasteczka. Cóż, może następnym razem obejrzymy dokładniej.

Jedziemy do Lwowa na Cmentarz Łyczakowski. Kiedy dochodzimy do grobu Marii Konopnickiej, dzieci zapalają oznakowane herbami znicze. Skoro Maria nie wróciła do rodzinnych Suwałk, Suwałki dotarły do niej. Zatrzymując się na króciutko przy miejscach spoczynku najbardziej znanych Polaków kierujemy się na cmentarz Orląt Lwowskich. Tam pani Ala, rodowita lwowianka, opowiada nam historię cmentarza taką, jaką pamięta z przeżyć rodzinnych i własnych.

Z Łyczakowa jedziemy pod Operę, by zobaczyć jej wnętrza, dalej idziemy do katolickiej katedry Wniebowzięcia NMP, świetnie zachowanej kaplicy Boimów oraz do katedry ormiańskiej, gdzie mamy okazje choć przez kilka minut posłuchać przepięknie śpiewającego chóru i dialogu z kapłanami przy akompaniamencie dzwonków. Tuż obok, w stylowej restauracji zjadamy nasz ostatni na Ukrainie obiad. Robimy z Alicją Klimczak podsumowanie wycieczki: Tomek, jesteś wielki! Już zapisujemy się na następną.

Żegnamy panią Alę z nadzieją, że jeszcze się spotkamy. Może tu, a może w Warszawie?

Przed nami długa droga, ale jeśli się uwiniemy na granicy, to może zajrzymy na trochę do Zamościa.

W Rawie Ruskiej pogranicznicy sumiennie „trzepią” nasz autokar i bagaże. Okazuje się, że mają wątpliwości co do pochodzenia szabel. Nie przekonują ich znaki producentów: naszego Marka Sobuckiego i huty. Mimo jasnych tłumaczeń popartych internetem – zatrzymują szable. Próbuję dodzwonić się do kolegi pogranicznika z prośbą o radę. Niestety nie odbiera telefonu. Czekamy 5 godzin na spisanie protokołów. Lata mijają, a tu nic się nie zmienia. O godz. 23 dołączają do nas nasi „spisani” ułani. Po kilkunastu kilometrach spotykamy wysłane po nas zastępcze autokary. Przesiadka. Do Warszawy dojeżdżamy około 4 rano. Szczęśliwcy z busa – pod domy, reszta żegna dzieciaki pod dworcem Zachodnim. Przed nimi jeszcze kilka godzin jazdy do domu. Mam nadzieję, że pozostaną w nich tylko dobre wspomnienia. Tak jak we mnie.

autorka tekstu – Beata Herman

Dodatkowe zdjęcia z wyprawy można zobaczyć po linkiem: Ukraina 2013 – zdjęcia autor Maciej Mackiewicz